Od kilku tygodni jestem użytkownikiem nowego Symbiana v9. Po prawie dwuletnim użytkowaniu Siemensa SX1 z prehistorycznym (jak mi się wydawało) Symbianem 6 postanowiłem ruszyć w świat rewolucyjnych zmian jakie przynieść miał nowy system. Wydając na telefon równowartość średniej polskiej pensji liczyłem na ogromny krok w przód. Jakie było moje rozczarowanie po bliższym zapoznaniu się nowym dzieckiem potentatów telefonii komórkowej.
Sodoma i Gomora
Z moją nieodpartą chęcią "pchania łap, gdzie nie trzeba" nie mogłem nie zobaczyć, jak zmieniło się ułożenie plików systemowych od wersji 6 do 9. Kiedy ujrzałem zawartość dysków systemowych, o mało nie dostałem palpitacji serca. Co to za burdel!? Pomyślałem. Jeszcze nie tak dawno temu opisywałem strukturę plików systemowych we wcześniejszych wersjach Symbiana, a już w nowej wersji wszystko uległo diametralnej zmianie. Nie bulwersowałbym się tak, gdyby byłby to zmiany na lepsze. Ehh... i tak, nie będę w te pliki ingerował, więc jakoś przeżyję. Zagryzłem zęby i zacząłem zapełniać moją kartę pamięci niezbędnymi aplikacjami. Po pewnym czasie zauważyłem, że na niej, mam już większy syf niż na dyskach systemowych. Każdy program robi sobie "pińset" katalogów i plików rozrzuconych po wszystkich dyskach. Możemy zapomnieć już o ręcznym usunięciu aplikacji z ...\System\Apps\, teraz wyśledzenie plików programów równa się z cudem.
Podpisz mi się tutaj
Podpisywanie aplikacji w Symbianie, to zrozumiała obrona przed niebezpiecznym oprogramowaniem takim jak np. wirusy. Ewoluowało ono już w czterech odsłonach. Od skromnych powiadomień (na które użytkownik mógł zareagować) w pierwszych edycjach tego Systemu, przez unowocześnioną, lepiej zapobiegającą przed wirusami wersję w OS7 i 8 , aż po całkiem bezpieczną, ale jakże uciążliwą, którą mamy na nasze (nie)szczęście zaimplementowaną w OSv9. Sprawa podpisywania aplikacji na nowego Symbiana budzi sporo kontrowersji. Dlaczego? A to za sprawą tego, że spełnia swoją funkcję, aż za dobrze. Mówię tu o zjawisku crackingu. Jeżeli dowolny program ingeruje wystarczająco mocno w system (odwołuje się do strzeżonych funkcji API jak np. kontrolę funkcji GSM, czy zarządzanie energią), to musi być podpisany, aby zadziałał. Wszystko było by w porządku, firma developerska postarała się o certyfikat Symbiana i aplikacja pracuje jak powinna. Cała gra toczy się jednak o coś innego. Cracker łamiący dane zabezpieczenie rejestracyjne programu musi zmienić jego kod. A po takiej ingerencji ten, aby zadziałać musi zostać ponownie podpisany. Wiadome jest, że pierwszy lepszy cracker nie ma odpowiednich certyfikatów, aby zrobić to globalnie, więc wykorzystuje tymczasowe podpisywanie (tak podpisana aplikacja będzie działała pół roku) przeznaczone do testowania aplikacji przez programistów. Jest jednak mały haczyk, taki program działa tylko na określonym telefonie z określonym numerem IMEI. Podpisywanie takie umożliwia(ła) dobrze wszystkim znana www.symbiansigned.com. Strona, na której konto chciałby mieć nie jeden użytkownik Symbiana korzystający z crackowanych aplikacji. Obecnie zdobycie takiego na symbiansigned.com graniczy z cudem. Nadużycia i wykorzystywanie strony na masową skalę w celach crackingowych doprowadziło do zamknięcia rejestracji nowych kont. Obecnie, nawet nie orientuje się jakie warunki trzeba spełnić, aby mieć możliwość generowania kluczy umożliwiających podpisywanie aplikacji. Denerwuje natomiast fakt, że konta, które byłby założone przed zamknięciem strony rejestracyjnej również chaotycznie przestają działać. Na ten czas, to pewnie nawet sami jej autorzy nie wiedzą co trzeba zrobić, aby uzyskać konto. Właściciele dużych firm programistycznych zacierają ręce, bo im to szczerze wisi, ale niezależni programiści mogą je tylko rozłożyć. Nie chcę propagować piractwa, ale prawdę mówiąc nie rozumiem autorów Symbiana. Nawet Microsoft powiedział, że nielegalne kopie ich oprogramowania znacznie pomogły rozwinąć się firmie, gdyż z czasem i tak użytkownik kupował wersję oryginalną. Dzisiejsze zasady podpisywana aplikacji, to według mnie podcinanie gałęzi na które się siedzi. Nie byłbym tak mocno zaskoczony, jak po kolejnych restrykcjach wprowadzonych przez Symbiana, zanotowaliby znaczny spadek popularności swojego systemu na korzyść konkurencji, a i sprzedaż aplikacji symbianowych spadłaby znacząco. Jak będzie, czas pokaże.
Spalone mosty
Już wczesne wydania Symbiana zdziwiły mnie brakiem wstecznej kompatybilności oprogramowania. Jeżeli Microsoft w początkowych latach powstawania systemu Windows postąpiłby podobnie, zapewne dziś mnie miałby tylu klientów. Tyle, o ile taka taktyka u Symbiana jest w pewnym stopniu usprawiedliwiona, również pod względem tak cenionego przez Symbiana bezpieczeństwa, to zupełne odcięcie się od możliwości korzystania ze starszych aplikacji na pewno nie przyniosło firmie masowego zadowolenia użytkowników. Zdaje sobie sprawę, że istnieją specjalne biblioteki umożliwiające w miarę szybkie przeniesienie aplikacji na nową platformę (o ile jesteśmy jej autorem, lub mamy jej kod źródłowy), ale sami wiemy, że niezależni programiści nie działają tak szybko, jak dobrze opłacani developerzy Symbiana. Niekiedy użytkownicy znanych i lubianych programów napisanych przez nieobce firmy, muszą czekać miesiące na ukazanie się kompatybilnego oprogramowania. Czasem, te nie pojawia się wcale, a alternatywy też próżno szukać. Dobrym przykładem może być tu aplikacja Total irRemote. Skoro taka firma jak Psiloc, ma problemy z wydaniem tego programu na nowszy system, to co ma powiedzieć niezależny programista ze swoim dziełem?
Dzisiejsze zatrzęsienie wersji oprogramowania, to już istna dżungla! Teraz mając do dyspozycji oprogramowanie na wersje v1, v2, v3, v3 FP, różne odmiany UIQ, wersje Java i ich odmiany na wszelakie wyświetlacze i różne platformy sprzętowe, mamy nie lada problem z dobraniem kompatybilnego softu. Obecnie rysuje się taki scenariusz, że im nowszy system, tym większy stopień skomplikowania korzystania z niego dla przeciętnego użytkownika. Pocieszam się faktem, że w kolejnych wydaniach Symbiana ma zostać zachowana kompatybilność z S60v3 i wyżej.

Podsumowanie
Czy dobrze wróże kolejnym następcom Symbiana? Na pewno tak, ale droga jaką wybrali developerzy tego systemu jest najbardziej wyboista nie dla nich samych, lecz dla użytkowników i programistów, a to przecież oni umożliwiają rozkwit tego systemu. Cierpliwość tych ostatnich będzie wystarczająca, o ile będzie można na tym zarobić, ale Ci pierwsi są bardziej wymagający i uzależniają ją od wygody, a z nią coraz trudniej w gąszczu Symbianowej dżungli. Pamiętam jak dziwiłem się sąsiadowi, który kupił nowego Megane'a, a wciąż śmigał starym Wartburgiem. Zapytany przeze mnie, po co wydawał ciężką kasę na nowe auto, skoro i tak wozi się tym złomem, odpowiedział: "Ten złom jak mówisz, to ja znam na wylot i dla mnie jest tak skomplikowany jak budowa cepa. Jak coś nie działa, to wiem doskonale jaka jest tego przyczyna, a młotkiem i spawarką naprawię go sam. W tym nowym, to co najwyżej mogę sobie popatrzeć na obudowany plastikiem silnik i kolorowo mrugające kontrolki." Dziś z pewną nostalgią spoglądając do szuflady, w której leżą SL45i i SX1 zaczynam sąsiada rozumieć.
Kamil Ozirski
Poglądy prezentowane w felietonach nie zawsze są zgodne ze zdaniem redakcji








